
Stoi w przedpokoju. Trochę zakurzony, z metką po zakupie jeszcze przyczepioną do bocznej kieszeni. Kupiłaś go w czerwcu, kiedy przy kolacji ktoś rzucił: „To może w końcu zrobimy tę Koronę Gór?”. Wszyscy się zgodzili. A potem przyszedł lipiec. Trzydzieści jeden stopni w cieniu, którego na szlaku i tak nie było. Parking pod Karpaczem zapchany o siódmej rano. Wrzesień właśnie mija. Plecak nadal stoi. Jeśli brzmi znajomo — mam dobrą wiadomość. Nic nie straciłaś. Wręcz przeciwnie — trafiłaś na najlepszy moment, żeby zacząć.
Mit lata, czyli dlaczego wszyscy startują w najgorszym momencie
Latem mamy urlopy, więc latem ruszamy w góry. To logika kalendarza, nie logika gór. Badacze analizujący wyniki maratonów (Ely i współpracownicy, 2007) pokazali, że czasy biegaczy systematycznie się wydłużają, kiedy temperatura rośnie powyżej mniej więcej dziesięciu stopni. Na podejściu działa to dokładnie tak samo: tętno skacze, woda znika z butelki, a przyjemność z marszu zamienia się w odliczanie zakrętów do schroniska.
Do tego dochodzi powietrze. W upalne dni jest wilgotne i pełne drobinek, które rozpraszają światło. Stajesz na szczycie po trzech godzinach wspinaczki, a przed Tobą… mleczna zasłona. „Przy dobrej pogodzie widać stąd Tatry” — mówi tablica. Wierzysz jej na słowo, bo sama nie widzisz nawet sąsiedniego grzbietu.
I wreszcie ludzie. Lato to szczyt sezonu na najpopularniejszych szlakach. Trudno poczuć wielkość gór, kiedy ktoś za plecami pyta przez telefon, czy wziąć schabowego, czy pierogi.
Październik widzi dalej
Jesienią powietrze staje się chłodniejsze i suchsze. Kiedy nad Polską rozgości się wyż, przejrzystość bywa zjawiskowa. To właśnie w takie dni z beskidzkich grzbietów widać ostrą linię Tatr na horyzoncie, a z sudeckich szczytów kolejne pasma ułożone jak kartki w otwartej książce.
Poranki mają swój własny spektakl. Zimne powietrze spływa w doliny i zostaje tam uwięzione pod cieplejszą warstwą, tworząc inwersję. Wychodzisz z mgły, która przez pierwszą godzinę kazała Ci wątpić w sens całego przedsięwzięcia, i nagle jesteś ponad nią. W dole leży białe morze, z którego wystają tylko wierzchołki. Tego widoku nie da się zamówić — można go tylko spotkać.
Są też kolory. Buki w Bieszczadach i Beskidach przechodzą przez wszystkie odcienie miedzi, a na przełomie września i października w bieszczadzkich lasach niesie się rykowisko jeleni — dźwięk, który słyszy się raz i pamięta latami.
Cztery szczyty przed pierwszym śniegiem
Korona Gór Polski to 28 najwyższych szczytów polskich pasm — od Łysicy w Górach Świętokrzyskich (612 m) po Rysy z ich 2499 metrami. Klub zdobywców nie wyznacza żadnego limitu czasu. Możesz ją zbierać rok albo całe życie. I właśnie dlatego tak ważne jest nie to, jak szybko skończysz, ale czy w ogóle naprawdę zaczniesz.
Październik ma jedną przewagę, o której mało kto mówi: najniższe szczyty Korony są wtedy w idealnej formie, a do pierwszego trwałego śniegu zostaje zwykle jeszcze sporo czasu. Rysy, Babia Góra czy Śnieżka poczekają na lato. Za to Sudety i niższe pasma są teraz jak otwarte drzwi.
Wyobraź sobie Łysicę w chłodny sobotni poranek. Wychodzisz ze Świętej Katarzyny, szlak prowadzi przez stary jodłowy las, pachnie mokrą ściółką. Na górze czeka gołoborze — rumowisko kwarcytowych głazów. To szczyt, który można zdobyć w godzinę z kawałkiem, a z centralnej Polski da się tu dojechać i wrócić tego samego dnia.
Albo Ślęża, samotna góra wyrastająca z równiny pod Wrocławiem — wejdziesz na nią w niespełna godzinę, mijając po drodze tajemnicze kamienne rzeźby sprzed wieków. Stamtąd już tylko krok w stronę Sudetów: Chełmiec nad Wałbrzychem, Szczeliniec Wielki w Górach Stołowych z labiryntem skał. Dalej Biskupia Kopa w Górach Opawskich z kamienną wieżą widokową na granicy z Czechami. Albo Skopiec w Górach Kaczawskich — na który wchodzi się tak szybko, że pierwsza reakcja brzmi: „To już?”. Tak. Pieczątka w książeczce liczy się tak samo jak ta z Rysów.
Wolniej, bliżej, po swojemu
Jesienna Korona ma w sobie coś z prawdziwego slow travel. Zamiast zaliczać trzy szczyty w dwa dni, możesz zostać w jednym miejscu dłużej. Zamieszkać w małym domu w Kotlinie Kłodzkiej, zrobić zakupy w lokalnym sklepie. Jeśli znasz ideę wymiany domów, to idealny moment, żeby ją przetestować — poza sezonem dom w górach pachnie drewnem, nie pośpiechem. Góra przestaje być punktem na liście, a staje się pretekstem, żeby na chwilę pożyć gdzie indziej.
Zima, czyli miejsce, w którym umiera większość planów
Jest połowa listopada. Za oknem ciemno o szesnastej. Wróciliście z czterech jesiennych wypraw zachwyceni, pieczątki w książeczce, a książeczka… gdzieś w szufladzie z instrukcją do czajnika. W marcu ktoś pyta: „A co z tą Koroną?”. Okazuje się, że nikt już nie pamięta, które szczyty zostały zdobyte.
To nie jest kwestia słabej woli. To kwestia widoczności. Nasze plany żyją tak długo, jak długo mamy je przed oczami. Joseph Nunes i Xavier Drèze (2006) rozdali klientom karty lojalnościowe myjni. Jedni dostali kartę na osiem pieczątek, pustą. Drudzy — kartę na dziesięć, ale z dwiema pieczątkami już przybitymi. Do nagrody obie grupy miały dokładnie tyle samo drogi. Kartę ukończyło 19 procent pierwszej grupy i aż 34 procent drugiej. Poczucie, że już się zaczęło, niemal podwoiło szansę na dojście do końca.
Jeśli ruszysz w październiku, wiosnę przywitasz nie z pustą kartą, tylko z czterema zdobytymi szczytami. Jesteś już w drodze. Trzeba tylko sprawić, żeby ta droga była widoczna przez całą zimę.
Mapa, która pamięta za Ciebie
Wracasz z Łysicy, zdejmujesz buty, a zanim ktokolwiek zdąży zapytać o obiad, bierzesz monetę i podchodzisz do ściany. Na mapie zdrapce „Polskie góry” ArtGlob czeka 28 szczytów Korony, rozłożonych na mapie fizycznej opartej na regionalizacji Jerzego Kondrackiego. Kilka ruchów ręką i spod specjalnej powłoki wyłania się kolor. Ten dźwięk zdrapywania szybko staje się rodzinną ceremonią. Dzieci walczą o to, kto zdrapuje. Partner udaje, że mu nie zależy, a potem sprawdza, ile zostało do Rysów.
Przez całą zimę ta mapa wisi w salonie jak ciche przypomnienie. Nie mówi „musisz”. Mówi raczej: „Pamiętasz ten poranek nad mgłą? Zostały jeszcze dwadzieścia cztery takie”. I to wystarczy, żeby w lutym ktoś rzucił: „To może na majówkę Babia Góra?”.
Jeśli wolisz materiał, którego można dotknąć, jest też Korona Polskich Gór na tablicy korkowej z grawerem i drewnianymi znacznikami. Szczyty ułożone są na niej od najniższego do najwyższego, więc każdy wbity znacznik to dosłownie kolejny stopień w stronę Rysów.
Zimowe wieczory to najlepszy czas na planowanie. Rozkładasz na stole mapy turystyczne, wyznaczasz palcem wiosenne trasy, zastanawiasz się, czy Turbacz z Koninek, czy od strony Nowego Targu. Mapa przestaje być dekoracją. Staje się miejscem, w którym zaczynają się rozmowy.
Prezent z zadaniem w środku
Grudzień jest bliżej, niż się wydaje. Jeśli masz w otoczeniu kogoś, kto od lat powtarza „kiedyś zrobię Koronę”, mapa zdrapka lub grawerowana Korona pod choinką jest jak zaproszenie z datą. Nie kolejny przedmiot na półkę, tylko obietnica: wiosną idziemy razem. Jeszcze lepiej, jeśli pod choinką ląduje już z czterema zdrapanymi szczytami — tymi, które zdobyliście wspólnie jesienią.
Mała ściąga na październik
- zacznij od niskich szczytów: Łysica, Ślęża, Chełmiec, Szczeliniec Wielki, Skopiec, Biskupia Kopa
- wysokie góry zostaw na wiosnę i lato
- wyruszaj wcześnie, pakuj czołówkę i termos
- sprawdzaj prognozę i komunikaty parków narodowych
- po każdym powrocie zdrap szczyt na mapie od razu, zanim rozpakujesz plecak
Nie chodzi o 28
Na końcu tej drogi są Rysy, legitymacja zdobywcy i zdjęcie, które pewnie trafi na lodówkę. Ale prawdziwa Korona dzieje się gdzie indziej. W porannej mgle nad Łysicą. W herbacie z termosu, która smakuje lepiej niż jakakolwiek w kawiarni. W rozmowie na szlaku z nastolatkiem, który w domu odzywa się monosylabami, a na podejściu nagle opowiada o wszystkim. W mapie na ścianie, która z każdym zdrapanym punktem coraz mniej przypomina produkt, a coraz bardziej rodzinny pamiętnik.
Latem wszyscy obiecują sobie góry. Jesienią ruszają ci, którzy naprawdę chcą.
Plecak wciąż stoi w przedpokoju. Który szczyt będzie pierwszy?


